Najważniejsze, czego nauczyłem się o rozwoju osobistym

pexels-photo-213709

Ostatnie 5 lat było dla mnie okresem „rozwoju osobistego”. Przynajmniej tak to nazwałem, ale paradoksalnie dziś mam na ten temat mniej do powiedzenia, niż kiedyś. Za to chcę się podzielić z Tobą jednym wnioskiem, który zmienił moje postrzeganie całego rozwoju.  Pojęcia, które naprzemiennie ze słowem „sukces” jest tak nadużywane, że czasem można się porzygać. Trochę się tu obnażam, ale mam nadzieję, że dzięki temu ten tekst wniesie wartość do czyjegoś życia.

Przez wiele lat zamiast pytać siebie, czego chcę, tworzyłem wizję osoby, która wydała mi się atrakcyjna. Zaczynałem ze stanem totalnego nieakceptowania siebie, ale praktycznie od zawsze miałem plan na to, jak stać się inną osobą. To było łatwiejsze, aby sobie wyobrazić, ale też dużo silniejsze. Patrzyłem na gotowe obrazy ludzi, którzy byli spełnieni, bogaci, no i przede wszystkim fajni. No wiesz, byli sławni, albo przynajmniej byli tacy wyluzowani i każdy wydawał się zabiegać o kontakt z nimi. Nie widziałem takich rzeczy w sobie, ale widziałem je w nich i byłem przekonany, że posiadam tajemną wiedzę o tym, jak stać się taką osobą.

Im bardziej goniłem króliczka tym większe rozczarowanie mnie czekało. Było w tej wizji coraz mniej mnie, a coraz więcej oczekiwań, żeby żyć tak jak z obrazka. Ale to nie prowadzi ani do samorealizacji, ani już na pewno do szczęścia. Myślałem, że ten rozwój pomoże mi być bardziej akceptowanym. Coraz intensywniej wpatrując się w swoje autorytety byłem coraz bardziej przekonany, że znam cechy, jakie powinienem posiąść i które dadzą mi szczęście. Przecież jest tyle punktów wspólnych! Dlatego przez wiele lat robiłem rzeczy, nie te, których chciałem, tylko te, które wydawały mi się właściwe. Jak chociażby Erasmus, na którego pojechałem nie z chęci imprezowania i poznania innej kultury, a właśnie dlatego, że to był niezbędny punkt programu pt. „stawanie się kimś innym”. To zabawne jak wielu „rozwojowców”, na czele z polskim guru motywacji Mateuszem Grzesiakiem zachęca Cię właśnie do tego. „Możesz być kim chcesz, jeśli tylko będziesz wytrwale dążyć w tym kierunku”. No i się wkręciłem.

Zanim przejdę do sedna – widzisz, życiu wielu „ludzi sukcesu” widzimy tzw. punkt zwrotny. Albo przynajmniej chcemy widzieć i oczekujemy od tych osób, żeby powiedziały nam o takim momencie w ich życiu. Wszystko przez to, że współcześnie tak bardzo kochamy szybkie zmiany i chcemy „tajnej wskazówki” zmieniającej życie. Nie wierzę, żeby coś takiego istniało i pisałem o tym w poprzednim tekście. Lepszą osobą się stajesz, to nie gra w lotto.

Przez długi czas jednak w to wierzyłem i głęboko w środku marzyłem o momencie, w którym mnie oświeci i zacznę w końcu dostawać od życia to, czego chciałem. Być może doznałem czegoś odwrotnego. W pewnym momencie zacząłem sobie zdawać sprawę z tego, że to nie działa. Że coś tutaj mylę. Że do rzeczy, których chcę, prowadzi inna droga, ale na pewno nie ta. Że chcę czuć się istotny i akceptowany, a jednocześnie sobie tego nie daję, bo wbiłem sobie do głowy, że kiedy będę w czymś dobry i nieźle z tego żyć (osiągnę ten mityczny sukces), to wszystko samo się ułoży. Nie było to spektakularne, ale zrozumiałem jak ślepy byłem na rzeczywistość. I wytłumaczę to na poniższym przykładzie.

Spójrz teraz na piramidę potrzeb Maslowa. Niewiele jest teorii, które, jak ta piramida, są w większości przyjmowane przez dzisiejszych psychologów. Jestem przekonany, że zawiera ona wszystkie etapy, które są nam potrzebne do szczęścia i spełnienia, jeśli odpowiednio ją interpretujemy.

wos002

Wg. teorii Maslowa, nasze potrzeby spełniamy w ten sposób, że dopiero kiedy zaspokoimy nasze potrzeby fizjologiczne, zajmujemy się kolejnymi, czyli dbamy o bezpieczeństwo, przynależność do grupy i kolejne

Z kolei duża część źródeł dzieli piramidę na potrzeby niższego rzędu (niezbędne), oraz na te wyższego rzędu (nie niezbędne). A potrzeba przynależności jest raz kwalifikowana jako ta niezbędna, a raz jako potrzeba wyższego rzędu.

Tu pojawia się problem, bo dzisiaj,  w czasach kiedy promuje się narcystyczny sukces, coraz więcej ludzi olewa potrzebę przynależności na rzecz szacunku innych. A potrzeba przynależności nie bez powodu jest zaraz nad podstawowymi potrzebami, albo jest nawet jedną z nich. To nie tylko zwykła przynależność do grupy – to potrzeba bycia akceptowanym, akceptacji innych i bezwarunkowej miłości. Potrzeba bycia razem, przeżywania emocji i obchodzenia wspólnych rytuałów.  Tymczasem robi nam się wodę z mózgu i wpaja, że kiedy będziemy „na szczycie drabiny społecznej”, to ludzie zaczną nas zauważać i szanować. Trudno o gorszą pułapkę, w którą można kogoś złapać, a która w najlepszym wypadku kończy się braniem Prozacu.

Dla niektórych odróżnienie jednego od drugiego jest naturalne. Dla mnie nie było, ale i tak jestem zadowolony, że zrozumiałem to teraz, bo widzę zbyt wiele osób, które siłują się ze sobą przez większość życia. Zazwyczaj do kryzysu wieku średniego, albo innego momentu, w którym się wypalą i będą próbowali poznać się na nowo. Będą dążyć do większych zarobków, pozycji w pracy i uznania w towarzystwie licząc na to, że kiedy osiągną już co trzeba, to będą szczęśliwi i cała reszta się ułoży.

Jasne, że chcemy być lepsi, chcemy iść dalej, być wyżej i wygrywać z innymi. To naturalne i na tym polega potrzeba szacunku innych i samorealizacji. Ale to musi zadziać się na końcu. Ludzie zapominają o tym, że szacunek to nie akceptacja, że samorealizacja to nie jest szczęście. Szukają ich w pozycji, szukają ich w szacunku i poklasku innych, a wewnątrz są zawsze tak samo mali i samotni. I zawsze będą, bo na pierwszym miejscu powinna być akceptacja.

Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak wielką siłę daje ta 3 część piramidy. Bo to ona sprawia, że akceptujemy siebie i innych. To sprawia, że potrafimy kochać, a to daje nam bezpieczeństwo i siłę. Siłę, która okaże się niezbędna do tego, żeby zachować równowagę przez całe życie. Jej brak sprawia, że ludzie całe życie gonią w wyścigu szczurów, ale nigdy nie poczują się pewnie i nigdy nie dogonią tego, co chcieliby czuć. Bez miłości, akceptacji innych takimi jacy są i budowaniu na tej podstawie silnych więzi będą żyli z dziurą w sercu. Z dziurą, przez którą będzie wypływać każda odrobina szczęścia, jaką zdołają dosięgnąć.

Czy można bez tej siły realizować się i osiągnąć szacunek innych? Pewnie, że można. Lubię posługiwać się przykładami gitarzystów, więc i tu się posłużę. Jimmy Page z Led Zeppelin i Eric Clapton. Obie postaci niezwykle utalentowane, legendy muzyki gitarowej. W biografiach obydwu pojawia ten sam wątek. U szczytu kariery wpadają w nałóg heroinowy, z którego cholera wie jak uchodzą żywi. Bo tak jak morfina uśmierza ból, tak heroina koi ból życiowy. A oni odłączyli się tak bardzo i zatracili w nierealnym świecie własnej wyjątkowości, że mieli do zalepienia otchłań. Byli idolami mas i podczas gdy na ich konta spływały miliony, oni żyli od fiolki do fiolki próbując wytrzymać ze sobą jeszcze jeden dzień. Czy jest na to konkretny dowód? Nie, to po prostu możliwy i powtarzalny scenariusz.

Jest taki film, w którym główny bohater zmęczony i rozczarowany ludźmi postanawia zaszyć się z dala od  ludzkości i znaleźć szczęście samemu. Prowadzi tam pamiętnik. Ostatnią myśl, którą zapisuje poznajemy w tragicznej scenie, kiedy wykańcza się po zatruciu. Pisze wtedy „szczęście jest prawdziwe tylko wtedy, kiedy dzielimy je z innymi”. To jest ta dziura, przez którą wypływa całe szczęście.

Okropnie depresyjne, wiem. Ale niestety prawdziwe, depresja nie jest dziś niczym wyjątkowym, kiedy choruje na nią 350mln ludzi na świecie. I będzie więcej. Wszystko przez tę narcystyczną pogoń za indywidualnym sukcesem, który każe nam myśleć, że życie jest piękniejsze, kiedy spełniamy marzenia. Jest, ale nie drogą na skróty. Nie wtedy, kiedy zapominamy o naszych ludzkich potrzebach. Człowiek jest i będzie istotą stadną. Czy to stado ma 20 osób, czy 3, nieważne. Ważne jest tylko to, że nie jesteśmy zatomizowanymi jednostkami. Pisałem o tym we Wracasz do domu po całym dniu teatru, nasze więzi od kilkudziesięciu lat się osłabiają. Rezygnujemy z poznawania ludzi w swoim otoczeniu, wybierając do towarzystwa tylko tych, którzy pasują do naszego stylu życia. Na innych nie mamy czasu.

Moją lekcją i tym, co chciałbym przekazać jest to, by pamiętać jak ważna jest nasza potrzeba bliskości, akceptacji i miłości. Miłości nie w sensie motylków w brzuchu i trzymania się za rączki. Miłości w sensie otworzenia się na innych ludzi, na przyjęcie ich do siebie takimi jacy są. Bez oceniania. Bo tak naprawdę nie różnimy się między sobą tak bardzo, różnią się tylko nasze wizje siebie.

Wtedy zdobywanie szacunku i realizacja własnych marzeń będą łatwiejsze, bardziej naturalne, a my będziemy mieli nie tylko siłę do działania, ale i dojrzałość. Czyli to, co tak bardzo cenimy w aktorach i muzykach „po przejściach”.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s